18 kwietnia 2010

Przygoda na doryjskim pograniczu

12:48 Posted by Grzegorz Nowak , 2 comments
Data: 6 III 2010

System: Monastyr

MG: Ja

Gracze: Badguy (Thorgar Beznosy), Procent (Walter Kovacs),

Scenariusz: improwizowana przygoda na pograniczu Dorii


Tego dnia mieliśmy grać w kolejną odsłonę Ostatniej Wspólnej Jesieni, jednak z samego rana w niedzielę zadzwonił do mnie Pluszak i niestety musiał odwołać swoje przybycie. Zachęcał bym prowadził dalej nie zważając na jego nieobecność (przecież tak się nie raz robiło), jednak jak pamiętamy ostatnia sesja została przerwana niemal cliffhangerem, gdy drużyna pod przewodnictwem inkwizytora Dragovicia (czyli właśnie Pluszaka) próbowała odpędzić modlitwą potężnego deviria. Stwierdziłem, że głupio byłoby ciągnąć to bez jednego gracza. Ale trzeba było prowadzić! Więc poprowadziłem pierwszą od bardzo dawna improwizowaną przygodę.

Zacznijmy od Bohaterów. Badguy grał znanym z naszych sesji OWJ gordyjskim oficerem - Thorgarem Beznosym, ze swoją grupą przybocznych zbrojnych. Procent natomiast chciał spróbować czegoś nowego, więc stworzył sobie już wcześniej Waltera Kovacsa - doryjskiego rycerza zakonnego. Poniżej tradycyjne sylwetki postaci:

  • pułkownik Thorgar Beznosy, gordyjski oficer, potężny duchem i ciałem najemnik, wraz z nieliczną grupką swoich pobratymców służy mieczem za garść (niemałą) kordinów;
  • Walter Kovacs, doryjski rycerz zakonny, który postawił sobie za cel służenie swojej ojczyźnie i ocalenie jej od upadku, bezwzględny w spotkaniu ze sługami ciemności, na krok nie odstępuje go jego prywatny spowiednik Dietriech dor Amroth
Jak już wspominałem nie miałem zbyt wiele czasu, żeby przygotować przygodę - wiedziałem tylko jakimi postaciami będą grać Procent i Badguy. Postanowiłem więc, że przygoda będzie miała miejsce w Dorii, przypomniałem sobie opis krainy z podręcznika i wrzuciłem do plecaka Atlas Map Dominium. Oto co z tego wyszło.

Fabuła

Bohaterowie już od początku zostali wrzuceni w wir akcji. Środek bitwy, odgłosy walki, padające ciosy, szczęk krzyżowanych ostrzy, krzyki rannych, chaotyczne rozkazy, uszy pozatykane od huków muszkietów, nosy wypełnione zapachem krwi umierających. Thorgar i Walter służyli razem w oddziale patrolującym wschodnie pogranicze Dorii, gdzie często dochodziło do walk z pogańskimi plemionami, żyjącymi pośród stepów. Ich oddział został zaatakowany i niestety przegrywali. Gdy zrozumieli, że nie mają szanse na pokonanie gorzej uzbrojonego, ale liczniejszego wroga postanowili się wycofać do rosnącego nieopodal lasu.

Został ich zaledwie kilkunastu, w tym ciężko ranny rycerz, którego trzeba było położyć na prowizorycznych noszach. Gordyjskie zwiadowczynie przez cały czas sprawdzały teren, z przodu i z tyłu pochodu tak, by nie wpaść w jakąś pułapkę i zarazem nie dać się złapać pogańskim zagonom. Podróż przez ciemne, doryjskie lasy dawała odrobinę wytchnienia, choć położone na pograniczu puszcze, rzadko odwiedzane przez człowieka, mogły skrywać swoje mroczne tajemnice.

Pod koniec pierwszego dnia drogi grupa dotarła do niewielkiej polanki usianej głazami. Wszyscy uznali, że jest to dobre miejsce na spoczynek. Dopiero po jakimś czasie rycerz Walter spostrzegł, że pokryte mchem głazy zawierają jakieś niezrozumiałe napisy. Rozmowa z duchownym potwierdziła domysły Doryjczyka - były to najprawdopodobniej pozostałości jakichś pogańskich budowli, być może sięgających jeszcze czasów przed nadejściem Proroka. Wszyscy zaczęli dyskutować czy przebywanie w tym miejscu jest na pewno bezpieczne, podjęto jednak decyzje, że zostają. Duchowny miał jedynie odprawić modlitwy egzorcystyczne i pobłogosławić miejsce odpoczynku. Niestety końca dnia nie doczekał ciężko ranny rycerz. Został pochowany na miejscu przy zachowaniu obrzędów i modlitw, które miały bezpiecznie odprowadzić duszę zmarłego. Po tych smutnych wydarzeniach udano się wreszcie na spoczynek, wcześniej oczywiście wystawiając warty.

Noc minęła spokojnie, choć Thorgar miał dosyć niepokojący sen. Gdy stał na warcie wydawało mu się, że usłyszał coś w lesie, szybko zbudził zwiadowczynie, które miały przepatrzyć teren i gdy zwrócił się znów w stronę, skąd dobiegać miały odgłosy, zobaczył przed sobą rosłego mężczyznę, odzianego w zbroję - doryjskiego rycerza. Postać wydawała się być nierealna i bezgłośnie poruszała ustami starając się coś przekazać gordyjczykowi, jednak ten nie był w stanie jej zrozumieć. Wtedy właśnie oficer przebudził się ze snu.

Oczywiście sen na sesji to stary filmowy trik, którego już dawno nie używałem. Całość polega na tym, że sen opisujemy graczowi normalnie, jakby nic się nie zmieniło w narracji. Czyli Gordyjczyk wstaje obiera wartę, stróżuje itd. Wszystko idzie w najlepsze aż do kulminacyjnego momentu, w którym MG kwituje wszytko słowami "i w tym momencie się budzisz". Prosta i efektowna sztuczka.
Następnego dnia z rana oficer opowiedział księdzu wszytko, co mu się śniło. Duchowny pocieszył go, że być może aura tego miejsca nie sprzyjała dobremu snu i że wiara uchroni ich przed wszelkimi niebezpieczeństwa ze strony nieczystych sił. Wysłany zwiad w krótkim czasie przyniósł niezbyt pomyślne wieści - oddział dzikich plemion obozował dosłownie kilka mil od oddziału Bohaterów. Wygląda na to, że poganie jeszcze nie wpadli na trop żołnierzy.

Dalsza droga nadal wiodła na zachód, w stronę bardziej cywilizowanych terenów i wojskowych stanic. Tym razem narzucone zostało szybsze tempo - zagrożenie ze strony przemykających przez las pogan było realne. Po kilku godzinach drogi jedną ze starych, leśnych ścieżek grupa dotarła na skraj lasu. Teren otwierał się na duże jezioro, oraz przycupnięte obok niego pozostałości starych kamiennych fortyfikacji, z których ocalała jedynie część wieży. Lustrując teren w poszukiwaniu niebezpieczeństwa zwiadowcy dostrzegli jakąś postać stojącą nieopodal pozostałości murów obronnych.

Gdy żołnierze podjechali bliżej ruin, okazało się że zamieszkuje je stary pustelnik, który pozdrowił przybyłych i prosił o rozgoszczenie się. Choć nie można było się pozbyć podejrzeń, staruszek nie sprawiał wrażenia niebezpiecznego, a przecież w tych terenach można było spotkać pustelników. Czas upływał dosyć szybko na rozmowach ze starcem, lecz zostały one przerwane przez przybycie zwiadu. Donosił o zbliżających się poganach. Staruszek zaproponował schronienie się w wieży. Żołnierze mieli niewiele czasu, jednak wykorzystali go, żeby zabarykadować wejście do ruin i przygotować się do obrony.

Gdy pojawili się poganie żołnierze byli gotowi. Atak rozszalałych dzikusów początkowo był odpierany bez trudu - salwy z muszkietów kładły trupem kolejnych dzikich, a barykada najeżona pikami pozostałą niezdobyta. Jednak fala pogan nie malała, a śmierć pobratymców tylko wzmagała ich bojowe szaleństwo. Gdy walka trwała w najlepsze starzec zaczął snuć opowieść o pewnym lordzie, który władał ziemiami na pograniczu wiele wieków temu. Jego zamek miał być atakowany przez nieprzebrane rzesze straszliwych wojowników którym lord, wraz ze swoimi rycerzami dawał odpór. Opowieść starca dziwnie zgadzała się z tym co działo się teraz na polu bitwy. Gdy żołnierzom było coraz ciężej walczyć, starzec opowiadał o padających i rannych wojownikach lorda. Gdy dzicy poganie wdrapywali się na pośpiesznie ułożone barykady i resztki murów, starzec snuł opowieść o fali wroga, która przełamywała rycerską obronę. Wreszcie jeden ze zbrojnych gordyjskiego oficera uznał, że to pustelnik jest przyczyną napierającego wroga i zdzielił go w pysk tak, że ten natychmiast zamilknął padając we krwi na ziemię. To jednak nic nie dało, dzicy wdarli się do wątłej wieży, walczący byli co raz bardziej zmęczeni, padali ranni i zabici. Rycerz Walter rzucił się na swoim rumaku w największą ciżbę pogan siekąc na lewo i prawo swoim potężnym mieczem - chciał zabrać ze sobą do grobu jak najwięcej niewiernych. Wydawało się, że klęska była nieunikniona.

Jednak starzec zdołał się dźwignąć i szeptem wypowiedzieć ostatnie słowa opowieści:

Gdy Lord żegnał się już z życiem i polecał swoją duszę Jedynemu, pomoc przyszła niespodziewanie. Lecz widząc kto przyszedł z pomocą, Lord miał żałować, że w myślach o nią prosił.

Kiedy padły te słowa z jeziora wyłonił się potężny deviria, który długimi mackami zaczął wciągać przerażonych pogan do wody. Armia dzikusów momentalnie rozpierzchła się szukając ratunku, a wodny potwór żywił się bezbronnymi wojownikami. Po chwili z powrotem opadł w głąb wody jeziora.

Tym mocnym akcentem zakończyliśmy sesję.

Podsumowanie

Początkowo obawiałem się jak mi wyjdzie improwizowanie, ale okazało się, że nie było tak źle. Patrząc na fabułę przygoda była raczej prosta, ale chyba miała w sobie odrobinę z tego unikatowego monastyrowego klimatu, a sam obraz Dorii też udało się ciekawie odmalować. Gracze stwierdzili, że przygoda miała klimat Północnej Granicy Feliksa W. Kresa i przyznałem im rację, choć nie myślałem o tej książce gdy opracowywałem ramy scenariusza. Jest też parę niedoróbek związanych z wymyślaniem "na prędko" - rozpocząłem wątek pogańskiego cmentarzyska, umierającego na nim doryjskiego żołnierza, oraz pojawiającego się tam ducha, które niestety nie zostały należycie rozwinięte. Po prostu nie starczyło na to czasu, a cała przygoda była jednostrzałem, drobnym epizodem z życia gordyjskiego najemnika, jeszcze sprzed jego wyprawy do Kathardu. Myślę, że jako przerywnik między sesjami kampanii, sesja wypadła dobrze i jestem z niej zadowolony.

Badguy i Procent mieli wiele okazji do pobawienia się swoimi bohaterami. Gordyjski oficer wciąż korzystał ze swojego oddziału planując zwiady, rozstawiając muszkieterów, pilnując obozu w czasie wart. Rycerz Procenta też nie mógł narzekać na nudę i jako żelazna maszyna do zabijania z radością pokazywał gdzie jest miejsce każdego poganina - w ziemi. Do tego Walter to zupełnie inna postać od Ludwika Frollo, co przyznał nawet Badguy ustami Thorgara, uznając rycerza za prawdziwego fanatyka, którego nie powstydziłoby się rycerstwo z Kary. Obaj gracze grali na wysokim poziomie i łatwo oddawali się ciekawym klimatycznym rozmowom - przecież sama fabuła była krótka i nieskomplikowana (walka - obóz - walka) jednak sporo czasu zajmowały dyskusje o Jedynym, poganach i zagrożeniach dla karianizmu.

Szybko sklecona sesja wyszła naprawdę nieźle i wszyscy bawili się równie dobrze, zarówno MG jak i gracze. Teraz po tej krótkiej reminiscencji z Dorii trzeba powrócić do odległego, gorącego Kathardu. Ale to już na kolejnej sesji.

2 komentarze:

  1. Co ciekawe od razu mi się "Północna granica skojarzyła", wręcz czekałem na gigantyczny szkielet jakiegoś potwora, któremu dzicy oddają cześć :).

    Opis bardzo nastrojowy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Sesja była na prawdę miła i przyjemna, grało mi się nadzwyczaj dobrze. Ciekawie było przetestować nową postać (Pawciu, dlaczego jej nie polubiłeś?). Mam nadzieję, iż udowodniłem choć trochę, że z Dorią nie jest tak źle i że wcale rycerz w płycie nie jest aż takim przeżytkiem... (5 kostek walki + tratowanie?) Ciekawie wspominam wszelkie rozmowy i wymiany poglądów - choć muszę przyznać, iż Rorschach jest trudny we współżyciu społecznym ;)

    OdpowiedzUsuń