30 października 2007

Odjeżdżając ku zachodzącemu słońcu...

10:58 Posted by Grzegorz A. Nowak 1 comment
Rok krakowskiego konwentowicza dzieli się na trzy pory - przedkrakon, przedconstar i przedimladris. Właśnie zaczął się przedkrakon, bo kolejny już Imladris mamy za sobą. Czas wiec na relacje i refleksję po tym 3 dniowym święcie fantastyki.

Imladris XI odbywał się w dniach 26-28 października, a ogólną konwencją tej imprezy był dziki zachód. Zaskoczeniem dla mnie było umiejscowienie konwentu - tym razem odbył się on nie w szkole na ulicy Lubomirskiego, lecz w siedzibie krakowskiej YMCA. Ta decyzja zapewne była podyktowana mniejszą przewidywaną liczbą osób jaka miała się zjawić. O ile mnie pamięć nie myli to poprzedni Imladris był trochę wyludniony. Miejsca w YMCA było mniej, niż w szkole (zaledwie dwie sale sypialne, za to duże, bo jedna z nich była salą gimnastyczną!) ale pomimo tego, że miejsca było mniej nie dało się odnieść wrażenia że uczestników też jest niewiele. Nie zapomnę stwierdzenia zasłyszanego gdzieś na korytarzu: Ciekawe czy na konwencie jest już więcej uczestników niż organizitorów. Niestety nie wiem jaka była ostateczna liczba uczestników konwentu, więc trudno powiedzieć jaką naprawdę cieszył się popularnością tegoroczny Imladris.

Na konwent dotarliśmy z Samalaiem w piątek już ok 15:00. Okazało sie jednak że akredytacja jest otwierana dopiero za jakieś dwie godziny, więc musieliśmy jakoś przeczekać do tego czasu. Odebraliśmy Gluta z przystanku i postanowiliśmy się rozdzielić - oni mieli zostać na mieście czatując na akredytację, a ja pojechać po resztę rzeczy niezbędnych na konwent (śpiwór + karimata!). Jak wróciłem okazało się że tamci poszli na piwo więc chwilowo na konwencie musiałem radzić sobie sam. Ulokowałem się w sali, która wydawała się całkiem sympatyczna (mniejsza sala sypialna). Później ten wybór okazał się mniej trafny, gdy co dzień moje posłanie było przesuwane tak, że wreszcie wylądowało w przejściu! W niedziele rano wszyscy po mnie łazili gdy próbowałem odsypiać poprzednią dłuuugą noc.

W piątek mieliśmy zaplanowane przynajmniej dwa punkty programu - samalaiowy panel dyskusyjny, oraz wspólny larp w klimatach WoDziarskich. Panel wypadł bardzo dobrze, choc Samalai zastanawiał się czy nie wyjdzie z tego klapa. Jak sie okazało rozmówcy byli bardzo zaangażowani (w tym również moja skromna osoba) i wywiązała nam się całkiem ciekawa dyskusja, która po godzinie została brutalnie przerwana. Ale warto było sie zjawic tak czy inaczej. Larp rozpoczął się o 22:00 i był pierwszym, w którym znalazłem się po drugiej stronie barykady, tzn. byłem jednym z mistrzów gry. Jak się zdołałem przekonac obserwowanie rozwoju zdarzeń jakie wcześniej się zaplanowało (a także tych zupełnie nieprzewidzianych) sprawiało dużo satysfakcji. Około godziny 2:00 nad ranem udaliśmy się z częścią grupy, która przyszła na nasz larp na nocny wypad do krakowskich pubów. Bardzo miło spędzony czas zakończony dopiero powrotem koło godziny 6:00.

W sobotę w planie mieliśmy jedynie larpa Gasnących Słońc, choć początkowo nie byłem przekonany co do niego ale oczywiście Samalai podstępem wpisał nas na listę!. Zresztą Samalaia nie było na konwencie chyba aż do godziny 14, a ja zostałem brutalnie przebudzony przez współkonwentowiczów gdzieś tak po 4 godzinach snu. No cóż... podobno na konwentach się nie śpi! Po upolowaniu śniadanka w pobliskim markecie i skonsumowaniu go na korytarzu udaliśmy się z Glutem do gamesroomu. I oczywiście spędziliśmy tam większość dnia. Najpierw wpadliśmy na rozpoczynającą sie grę w Starcraft Board Game i bez większego namysłu dosiedliśmy się do ekipy. Była to pierwsza rozgrywka więc czuliśmy się trochę zagubieni, ale grało sie naprawdę świetnie. Jeśli zna się grę to można probować masę rożnych taktyk żeby zdobyć przewagę nad przeciwnikami a potem zwyciężyć. No i figurki są naprawdę świetne. Gra urzekła zarówno mnie jak i Gluta. Zgodnie stwierdziliśmy że warto byłoby w nią zainwestować, gdyby tylko były pieniądze. Ale na to nie ma co liczyć zbyt prędko - gra kosztować będzie powyżej 200zł. Stałymi przebojami był oczywiście Jungle Speed i Bang! Szczególnie długo graliśmy w Banga, bo kilka godzin i w pewnym momencie po każdej skończonej partii powtarzaliśmy: No to jeszcze zagrajmy ostatni raz. I tak przez kilkanaście razy :P Samaliowe próby wyciągnięcia nas na sesje WoDa nie przyniosły skutku, ale jak się okazało przygoda nie była ciekawa więc nic nie straciliśmy.

Larp GSów zaczął się o 22:00. Tym razem już byłem graczem - dostałem rolę Cedrica Camethona, szlachcica z pomniejszego rodu, zarabiającego na życie przy pomocy drobnych kradzieży w towarzystwie swojego ochroniarza-kochanka (!). Rola był ciekawa i choc wszystkich zadań nie udało się wykonać to jednak dobrze się bawiłem. Po skończonym larpie ponownie udaliśmy się na miasto w poszukiwaniu napitku i jak się okazało później, szaleńczej tanecznej zabawy! Kolejny dzień zakończył się dopiero tuż przed świtem.

Niedziela konwentowa jak zawsze jest mniej obfita w atrakcje. Samalai już nie zjawił się na konwencie, więc przesiedzieliśmy z Glutem kilka godzin w gamesroomie tym razem pastwiąc się nad Jengą! Byliśmy już trochę zmęczeni więc ok godziny trzynastej zebraliśmy swoje rzeczy, pożegnaliśmy się ze współlokatorami i udaliśmy się do domu by w sam raz zdążyć na obiad.

Konwent zaliczam do udanych choć możnaby się przyczepić do paru spraw związanych z organizacją. W nowym budynku na początku czułem się trochę zagubiony - tyle tam było przejść wejść, wyjść, schodów... Do tego sale choć obszerne sprawiały, że wystarczyło że jedna osoba hałasowała i wszyscy mieli sen z głowy. Przynajmniej ja tak miałem. Fajnie, że przygotowano specjalne miejsca na grę w RPGi, ale nie zadbano o odpowiednie wyposażenie w MG. Widziałem wielu włóczących się po korytarzach graczy dosłownie proszących o poprowadzenie sesji.

Mimo swoich wad, na Imladrisie XI bawiłem się wyśmienicie. Niech świadczy o tym samo to, że spałem zaledwie kilka godzin, co nie zdarzało się na poprzednich konwentach. Do tego larpy i nocne wypady zaprocentowały nowymi znajomościami. Żeby wymienic kilka: Lareth, Faira, Szczeniak i Lupus (to ci których pamiętam). Dziękuję również stałym towarzyszom - Samalaiowi, Glutowi i Sylvil! Do następnego konwentu!

PS: Dokładne relacje z larpów ukażą się już niebawem!

07 października 2007

Jungle HEX i Neuroshima Speed, czy jakoś tak...

11:52 Posted by Grzegorz A. Nowak , , 2 comments
Minął wrzesień, a tu ani jednej wieści... To znów moje lenistwo wzięło górę, ale nie znaczy to że wrzesień nie obfitował w wydarzenia warte opisania choćby kilkoma słowami. W sumie dla scharakteryzowania minionego miesiąca można użyć jedynie dwóch słów - karcianki i planszówki.

No i rzeczywiście, mimo postanowienia kontynuacji eRPeGowych przygód w minionym miesiącu na czoło wysunęły się planszówki. Jako rozrywka mniej zobowiązująca i nie wymagającą wielkiego wtajemniczenia sprawdzała się w sam raz na spontanicznych spotkaniach w gronie znajomych. Dzięki temu zwyczajny towarzyski meeting zmieniał się w wieczór pełen wrażeń spędzony nad planszą, albo przy totemie :D

Muszę przyznać, ze chyba najbardziej gorąco przyjmowaną grą był Jungle Speed. I w sumie czemu się dziwić? Niezwykle szybka, niezwykle zabawna i prosta jak dla przedszkolaka gra podbiła serca moich znajomych, którzy niejednokrotnie pytali gdzie to można kupić. Z bólem serca musiałem tłumaczyć, że gry już niestety nie można dostać (padały nawet pomysły na samoróbkę!). Wydawcy polskiej edycji tej gry nie wiedzą ile tracą... Gra się nie nudzi, z każdym razem można znaleźc w niej coś nowego, no i pierwszy raz popłakałem się ze śmiechu właśnie w czasie gry w Jungle Speed. Absolutny ponadczasowy hit imprezowy!

Kolejna planszówka, która niezwykle się spodobała (a w którą nieustannie przegrywam) to Neuroshima HEX. Gra nominowana do Gry planszowej roku, zasłużyła na swoje wyróżnienie. Pluszak słusznie stwierdził, że to są takie współczesne szachy. No ale na dłuższą metę szachy raczej wymiękają przy HEXie - bo gdzie w szachach znajdziesz losowość, która sprawia że sytuacja na planszy zmienia się diametralnie co rundę! Mogę śmiało powiedzieć że, dzięki wrześniowej działalności mojej skromnej osoby rośnie liczba fanów tej gry!

Kolejny tytuł - Arkham Horror - jest zgoła odmienny od powyższych. Pomimo to znalazł sobie sympatię nawet wśród ludzi, którzy nie znają twórczości H.P. Lovecrafta, lub wcale nie grają w planszówki. A dla fanów Mitów Cthulhu to prawdziwa gratka! Kolejne osoby męczą mnie o powtórne zorganizowanie spotkania z tą grą w roli głównej. Zrobiłem też na nią smaka kilku osobom, które jeszcze nie miały okazji grać - sama opowieść wystarczyła!

Kolejny dwa tytuły, które powróciły do łask to Warcry i Rage. Obie gry to martwe już kolekcjonerskie karcianki, ale nadal maja w sobie niesłabnący potencjał i możliwość składania decków. Do naszej ekipy Warcry doszedł Troll i dzięki temu udało się zrobić pierwszy miniturniej w którym każdy z nas raz wygrał i raz przegrał. Na razie wyrównany poziom :P Rage'em udało mi się zarazić Pluszaka i dzięki temu znalazłem sobie kompana do gry online na Gatling Engine. Świetnie się gra szczególnie, że niedawno pojawił się nowy fanowski dodatek z bloku Ahadi - Rainmakers, który dorzucił do gry m.in. Ajaba (hienołaki!).

No to tyle krótkiej relacji z września. Tymczasem jest połowa października i wielkimi krokami zbliża się Imladris! Już nie mogę się doczekać!