17 lipca 2007

Mroki Sylvanii - relacja

15:00 Posted by Grzegorz Nowak , , 4 comments


Data: 14/15 lipca 2007

Miejsce: Bagry w Krakowie

Zupełnie nieoczekiwana propozycja Samalaia, rzucona kilka tygodni temu stała się rzeczywistością i wylądowałem na pierwszym w swoim krótkim życiu LARPie terenowym. To nie był pierwszy raz kiedy Samalai próbował swoich sił jako twórca i organizator LARPa - wcześniej miałem okazję grać w klimatach Deadlandsów, współorganizowanych przez niego chyba na zeszłorocznym Constarze. Debiutem natomiast była organizacja gry terenowej. Jak wiadomo w debiuty nigdy nie są idealne, ale o tym opowiem za chwile.


Samą grę poprzedziły odpowiednie przygotowania. Kilka dni wcześniej zmówiliśmy się w domu Samalaia żeby przygotować niezbędne rekwizyty. W kilka godzin powstało 6 bezpiecznych mieczy (rurka PCV + gąbka + taśma klejąca) i jedna tarcza. Szczególnie byliśmy dumni z tej tarczy gdyż zabrała najwięcej czasu i chyba wszyscy zgromadzeni mieli swój udział w jej tworzeniu. Najbardziej nam się podobał Grall który wymalowany był na środku. Z uwagi na to że mieliśmy starą, zeschniętą farbę, herb wyszedł bardzo warhammerowy - poniszczony, jakby przyjął na siebie już setki sztychów broniąc swojego właściciela. Niestety już w czasie pierwszego próbnego pojedynku z udziałem nowego oręża wszyscy złapali się za głowę gdy dało się słyszeć nagły trzask. Tarcza pękła. Na szczęście było to niewielkie pęknięcie ale i tak szok był ogromny. Cała praca nad orężem przeplatana była przerwami na złocisty napój, oraz próbnymi pojedynkami w rożnych układach. Tyle o przygotowaniach.

Fabuła samej gry kręciła się wokół Syvanii - krainy wampirzych książąt w warhammerowym Imperium. Nie trudno sie domyśleć, że pośród ról jakie dostały sie graczom pojawił sie wampir, nekromanta oraz jakiś tajemniczy mistrz-alchemik. Inne postacie mniej wpisywały się w klimat krainy, ale również swoimi celami były związane ze scenariuszem. Bandyci i Poszukiwacze Przygód poszukiwali skarbu, grupa kapłanek Shallyi próbowały odzyskać świętą relikwię swojego kultu, rycerz Gralla z Bretoni przybył tu aby walczyć ze wszelkim złem, a zielarz (uczeń mistrza-alchemika) jak gdyby nigdy nic poszukiwał ziół do mikstur. Cały teren LARPa ciągnął się przez jakieś 2 km i z jednej strony był ograniczony zalewem a z drugiej bocznicą kolejową... yyy to znaczy mrocznym lasem z którego dobiegały przeraźliwe odgłosy :P

Mnie przypadła rola jednego z Poszukiwaczy Przygód. Było nas czterech, ale jeden z nas już w pierszych 15 minutach LARPa zginął (zabity przez elfa-nekromantę który zdradziecko wkupił się w łaski naszej drużyny). Nasz pechowy kompan jak się okazało później powrócił, ale już jako zombie! Nim dotarliśmy do osady, która znajdowała sie jakiś kilometr od punktu z którego zaczęliśmy swoją wyprawę, spotkaliśmy jeszcze bretońskiego rycerza oraz zielarza, który w mroku nocy szukał ziół do swoich mikstur. Po dotarciu do osady spotkaliśmy kolejnych szaleńców którzy zdecydowali się na wyprawę do tej przeklętej krainy. Po drodze jeszcze miał miejsce krótki epizod w którym zdecydowaliśmy się nie ufać podejrzanie wyglądającym ludziom (bandytom!) proszącym nas o pomoc. Jak się okazało później miało konsekwencje w tym, że bandyci przyłączyli się do nekromanty. Natomiast w osadzie zapoznawszy się z sytuacją zdecydowaliśmy się pomóc kapłankom Shallyi w odnalezieniu ich świętości (licząc oczywiście na odpowiednią wdzięczność). Wszystko wskazywało na to, że to właśnie nekromanta, którego spotkaliśmy, jest w posiadaniu relikwii i w tym miejscu nasze cele łączyły się. Wyruszając na polowanie nie spodziewaliśmy się że spotkamy jeszcze wampiry, które szybko wyeliminowały mnie z gry jako śmiertelnika. Resztę LARPa grałem już półwampira - sługę wampirzycy, władczyni okolicznych ziem.

Od momentu "przeistoczenia" miałem już trochę mniejsze pole do manewru jako postać. Rolą wampirów było wymordowanie żywych intruzów którzy pojawili się w Sylvanii, ale z uwagi na to, że nekromanta urósł w siłę nie byliśmy w stanie go pokonać. Nasza porażka była nieunikniona... Do tego przebywanie w odosobnieniu w krypcie jedynie w wampirzym gronie (choć grono było bardzo wesołe), sprawiło że ominęło mnie wiele z głównych wydarzeń rozgrywających się w osadzie.

Fabuła, choć momentami trochę naciągana, była dobrym pretekstem do zawiązywania drużyn, oraz powstania konfliktów między nimi. Natomiast od strony technicznej mam kilka zastrzeżeń. Większość zapewne wynikają z tego że był to pierwszy LARP terenowy Samalaia, ale i tak warto je tu wymienić, choćby po to by ich uniknąć w przyszłości. Po pierwsze - LARP zaczął się za późno! Zaczęliśmy grać dokładnie o 21:45, kiedy już sie dobrze ściemniło. Początkowo wydawało sie to nawet fajne - łatwiej się schować, czy urządzić zasadzkę. Ale kiedy dochodziło do starć wszędzie panujący mrok utrudnił walkę, która często przeradzała się w chaotyczną szamotaninę, kiedy nie było wiadomo czy dana postać straciła już wszystkie swoje punkty życia czy jeszcze nie. W mroku wielokrotnie zdarzały się przypadki nieumyślnych trafień w głowę czy zbyt mocnych uderzeń. Poruszanie się po wyboistych, nierównych ścieżkach w ciemnościach też nie należało do bezpiecznych. Nie mówiąc już o bieganiu. Sam mało nie zaliczyłem gleby w czasie ucieczki. Biedny zielarz za nic nie był stanie w ciemnościach odnaleźć ziół (kartek formatu A4 z nazwami roślin które były porozkładane na terenie gry). Chyba lepiej było zacząć grę tak ok 17, albo 18 godziny i bawić się w towarzystwie powoli zachodzącego słońca. No ale wampirom w dzień mogłoby być niewygodnie :P Tak więc granie w nocy miało swoje zalety i wady.

Drugie co rzucało sie w oczy to niezrównoważona potęga poszczególnych postaci (szczególnie wampiry vs zombie), która wyraźnie dała o sobie znać pod sam koniec rozgrywki. Wtedy też pojawiły się pewne wątpliwości co do mechaniki rozgrywki. I wyszło na jaw, że MG i jego pomocnicy nie do końca ustalili wszystkie szczegóły.

Jak widać wad nie ma dużo i wszystkie są łatwe do poprawy - wierzę że następnym razem uda się bez żadnych wpadek. Być może moje uwagi są tak naprawdę bezcelowe, bo wszyscy się dobrze bawili i nie widziałem jakichś oznak niezadowolenia. A przecież o to w tym wszsytkim chodzi. Następnego dnia wracaliśmy do domów zmęczeni, ale za to z masą wspomnień, ugryzień komarów i siniaków po walce.

PS: Się trochę rozpisałem, ale było o czym. Na koniec jeszcze jedna ważna rzecz, bo chyba zapomnieliśmy. W imieniu wszystkich dziękuję Samalaiowi i jego pomocnikom za przygotowanie zabawy. Bez Was nie byłoby o czym pisać i co wspominać. Czekamy na kolejne odsłony zapowiadanego larpowania.
PS2: Zdjęcie dodano 23 VII

4 komentarze:

  1. i ja te byłam, miod i wino pilam.... no moze nie, ale kielbake tak ;p

    OdpowiedzUsuń
  2. masz ciekawy styl literacki, bardzo płynny i zawierasz wszytskie istotne rzeczy i zdarzenia:)
    Co do LARPa to był mój pierwszy :D i w sumie czasami to zupełnie nie wiedziałam co robić, ale to troche wynika z mojego charakteru :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Pan Green Dice24 lipca 2007 10:37

    No no, panie Bałaganie, chyba-żeście zapomnieli jeszcze o jednym elfowatym larpie, odbywającym się w klimatach świata mroku. Przypomnieć? Był pan wtedy człowiekiem.

    Jak się przyznam, mrok i ciemność była zaplanowana i nie uznam jej, o wybacz, jako błedu. Chcieliśmy wraz z pluszowym mistrzem stworzyć właśnie taki, a nie inny klimat. Twój wytyk błędu uznam więc jako komplement i podziękuje buziakiem. Resztę zarzutów przyjmuje z pokorą i postaram się ich uniknąć w przyszłości.

    Defekt ziół to chyba nasza największa porażka, ale będziemy unikać jej w przyszłości. Wszystko przez te przeklęte śmieci, które także czasem się ziołami zdawały.

    W ogóle to pierwsza czytana przeze mnie opinnia o larpie. Za napisanie jej serdecznie i szczerze dziękuje. Miło jest widzieć, że ktoś docenia twoja pracę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale ja też doceniam... ;p
    i się podpisałam pod recenzją Calmala dwoma rekami ;p :D

    OdpowiedzUsuń