10 września 2008

LARP: X-files

16:48 Posted by Grzegorz A. Nowak , No comments

Data: 23/24 sierpnia 2008

Miejsce: Bagry

Wraz z wakacjami w KGLu przyszedł czas na LARPy terenowe. Pogoda i spora ilość nowych uczestników sprzyja organizacji gier tego typu, więc nic dziwnego, że Larpownia wzięła się do roboty. Dziwić może tylko, że LARP rozegrany został dopiero pod koniec sierpnia, ale lipiec minął pod szyldem Orkonu (na którym przebywała sporo grupa KGLowców - nowy termin!) i siłą rzeczy przez jakiś czas niczego nie organizowaliśmy. Z uwagi na to, już pierwsze zapowiedzi LARPa spotkały się dużym zainteresowaniem, co przełożyło się na sporą liczbę uczestników.

Nie wszyscy pewnie wiedzą, że nie darzę LARPów terenowych szczególną sympatią i że przedkładam nad nie inne rodzaje tej zabawy. Stąd początkowo podszedłem do zapowiedzi chłodno i bez entuzjazmu. Krótka rozmowa z Samalaiem pozwoliła mi załapać się na jednego z NPCów. Stwierdziłem, że zamiast wymyślać własną postać (to był jeden z wymogów dla tzw. postaci drugoplanowych) skieruję swoje siły twórcze na pomocy w przygotowaniach i organizacji. W końcu miejsce jakie zajmuję w Zarządzie do czegoś zobowiązuje. No i otrzymałem rolę "upiora", bo LARP w klimatach horrorystycznych, więc i zjawiska straszne tudzież niepokojące miały się pojawić. Po raz pierwszy miałem grać zjawiskiem niepokojącym - nowe wyzwanie.

O co jednak chodziło w fabule? Mieszkańcy Placid Hill, prowincjonalnego miasteczka gdzieś w Stanach Zjednoczonych, przyzwyczajeni byli do spokojnego życia. Jednak nadchodząca noc na pewno do takich nie miała należeć. Stuart Gordon (w tej roli Badguy), poszukiwany listem gończym niebezpieczny morderca, pojawił się w mieście i od razu narobił sporo zamieszania. Jego ofiarą padło dwóch mieszkańców, a kolejnych zaciągnął do lasu jako zakładników. Jego tropem udali się miejscowi przedstawiciele policji, znani skądinąd agenci FBI Moulder i Scully(w tej roli Thobi i Yoru), a także wścibski dziennikarz i kilku mieszkańców miasteczka, którzy do lasu trafili w różnych okolicznościach. Nie wiedzieli, że w lesie znajdował się grób Anny Marii Grey - kobiety spalonej na stosie prawie 200 lat temu - i że jej duch nigdy nie zaznał spokoju...

Na miejsce, gdzie mieliśmy grać, przybyłem już ok 14:00. Sam LARP rozpoczynał się o 21:00, jednak wszyscy NPC byli zobligowani do wcześniejszego pojawienia się, w celu przygotowania terenu i objaśnienia wszelkich niejasności związanych z odgrywanymi postaciami. Nie skłamię jeśli powiem, że jakiś pierwsze 2 godziny polegały na chodzeniu na przystanek, żeby odbierać nowych NPCów, którzy nie wiedzieli jak trafić na miejsce, a potem noszeniu drewna nad zalew, gdzie mieliśmy grać i gdzie po grze mieliśmy rozpalić ognisko. Do tego doszło jeszcze przygotowywanie terenu, czyli m.in. ołtarzyków gdzie miały być dokonane morderstwa oraz kopanie grobu. Szczególnie to ostatnie zasługuje na uwagę - widok 4 facetów, którzy nie bardzo wiedzą jak się zabrać do kopania pozostanie mi w pamięci na długo. Widoczny objaw upadku cywilizacyjnego...

Po przekazaniu najważniejszych informacji odnośnie naszych postaci Samalai zostawił nas i poszedł przygotowywać graczy, którzy gromadzili się ok godziny 20:00 (tak - prawie 6 godzin trwały same przygotowania, choć nie uwijaliśmy się jakoś specjalnie szybko). Musieliśmy jeszcze przygotować wspomniane ołtarzyki, które były zarazem naszymi (upiorów) miejscami startowymi. Każdy z nas miał swoje miejsce, które przyozdobić musiał zapalonymi podgrzewaczami oraz umieścić w widocznym miejscu fragment rytuału (za jego pomocą gracze mogli odegnać niespokojnego ducha Anny-Marii). Prócz tego musieliśmy gdzieś w pobliżu ukryć swoje przebranie, gdyż zanim przyszło nam odgrywać zabłąkane upiory byliśmy po prostu trupami. Jednak już podczas przygotowań dostrzegliśmy pewną trudność - naszych ołtarzyków nie było w ogóle widać ze ścieżki, po której mieli iść gracze. Musieliśmy wykazać się inicjatywą i ułożyliśmy cześć płonących zniczy (czyli tych podgrzewczy) na ścieżce, tak że z jednego ołtarzyka było widać w mroku odległe ognie na drugim i w ten sposób gracze, jak po sznurku, mogli do nas dotrzeć.

Kiedy LARP się zaczął, i gracze byli ustawieni na swoich pozycjach każdy z NPCów (poza samą Anną Grey, która nie musiała udawać trupa - w tej roli Kot) leżał na przygotowanym przez siebie ołtarzyku i czekał. Mieliśmy czekać, aż pojawi się pierwsza grupa graczy i dopiero jak nas znajdą, wezmą fragment rytuału i odejdą mieliśmy przemienić się w upiory. I tu kilka wspomnień z leżenia na betonie. Nie ukrywam, że było to ciekawe przeżycie - godzina ok 22:00, trzeba leżeć bez ruchu i wyczekiwać, aż pojawią się gracze. Ciemno, mrroczno, a wszędzie panuje cisza czasem tylko przerywana odgłosami z pobliskiej bocznicy. Właśnie te momenty - szybkie przemykanie potężnych wagonów i miarowe dudnienie ziemi na której leżałem utknęły mi w pamięci. Do tego przeszły mi ciarki po plecach, gdy jeden z towarowych zaczął hamować wydając przy tym okrutny, przeszywający odgłos zatrzymujących się stalowych kół. Wyobraźnia co chwile płatała figle, tworzyła nieistniejące obrazy i odgłosy. Godne Grabińskiego.

W czasie tego oczekiwania były też momenty humorystyczne - umówiliśmy się z resztą NPCów (czyli Mają, Qzinem i Salemem), że gdy gracze pojawią się przy pierwszym ołtarzyku zostanie puszczony sygnał na komórkę, następna osoba przekaże dalej i tak wszyscy będą wiedzieć, że trzeba się przygotować. Kiedy więc dostałem sygnał, przekazałem go dalej i przygotowałem się na nadchodzących graczy. Jakież było moje zdziwienie, gdy chwilę później otrzymałem tym razem smsa o treści "sorki pomyłka - niezablokowana klawiatura".

Po tym wszystkim z dozą ulgi powitałem pierwszych przybyłych graczy. Po raz pierwszy zaczynałem LARPa od odgrywania trupa - do tej pory zdarzało mi się jedynie kończyć LARPy w tej roli. Po krótkim obmacaniu i wzięciu kartki mogłem wreszcie otworzyć oczy i ruszać po przebranie, jednak mój zapał został szybko ugaszony - już słyszałem kroki kolejnej grupy zmierzającej w moim kierunku. Dopiero po ich odejściu mogłem spokojnie wydobyć przebranie i wcielić się w rolę upiora.

Naszym zadaniem generalnie było straszyć i zabijać tych którzy nie chcą się przestraszyć. Pomocami w tym zadaniu był nasze czarne stroje, pazury oraz jarzące się na zielono oczy. Szczególnie ten ostatni element przebrania był strzałem w dziesiątkę. Zrobione z dwóch lightsticków i opaski z daleka wyglądały jak tlące się na zielono ślepia. Trzeci lightstick trzymaliśmy w zębach co również dodawało upiornego wyglądu. Do tego wystarczyło przykryć dłonią "oczy" żeby pozostawać zupełnie niewidocznym w mroku nocy, a następnie nagle je odkryć by osiągnąć efekt nagłego pojawienia się ducha. Prócz pojawiania się znienacka, świecenia na zielono i gonienia nieszczęsnych zabłąkanych, wydawaliśmy z siebie potępieńcze wrzaski i krzyki. Słowem mieliśmy niezłą zabawę.

A jak bawili się gracze? Z późniejszych relacji wiem, że całkiem dobrze, choć z mojego punktu widzenia mam sporo zastrzeżeń co do LARPa. Wszystkim bardzo podobały się "efekty specjalne". Świecące się upiory i ich potępieńcze zawodzenia, rozkopany grób, ołtarze i biała dama (Anna-Maria Grey) - to wszystko nadawało całej zabawie klimatu horrorystycznego. Mnie nie udało się go odczuć, choć to oczywiste, bo stałem po drugiej stronie barykady. To ja miałem tworzyć klimat, a nie odczuwać go na swojej skórze. Z ust grających wielokrotnie padały słowa pochwały odnośnie klimatu i przyjdzie mi się z tym zgodzić - stworzony nastrój był najmocniejszym atutem całego LARPa.

Pochwał posypało się już dużo (najwięcej ze strony LARPowiczów), to może teraz trochę mojego zrzędzenia. Po pierwsze, LARP trwał niecałe 2 godziny... Po wielu godzinach przygotowań całość zabawy udało się zawrzeć w tak krótkim czasie. Wydaje się, że gracze nie mieli dużo do zrobienia - przynajmniej z mojego punktu widzenia. Za mało questów, za mało wątków pobocznych. Odniosłem wrażenie, że jedynie co mieli robić gracze to zdobyć wszystkie części rytuału i wykorzystać je przeciwko niespokojnym duchom. Niektórzy mogli nawet uciec do bezpiecznej części lasu już na początku LARPa - stąd niektórych graczy trzeba było trzymać na terenie LARPa na siłę. Część graczy nie mogła wykonać swoich questów, część postanowiła siedzieć w krzakach i nie wychylać się niepotrzebnie (co w sumie było dobrym wyjściem). Jak dla mnie - dużo efektów specjalnych, dużo klimacenia (które oczywiście wywierało efekt tylko na początku), a za mało tego z czego LARPy składają się przede wszystkim - fabuły.

Osobno należy się parę słów niektórym grającym. Jako NPC, przed którym wszyscy uciekali widziałem niewiele grających, ale chciałem pochwalić kilka osób: Procenta (za strój i leżenie w krzakach), Badguya (za strój i za to, że polubił ducha), Yoru (za świetny strój), Kota (za strój i charakteryzację), Lupusa (za przygotowanie masek), Ertaia (za odgrywanie), Tyra (za scenkę rozszarpania przez upiory, oraz stworzenie własnego questa) i na końcu Thobiego za akcję FBI w sklepie!

Podsumowując - LARP słaby technicznie, którego ratuje jedynie dużo efekciarstwa i klymatu. Mimo tego gra się podobała i większość była zadowolona z tych dwóch godzin gry. Mimo to ogólnie uważam LARP za przeciętny - mogło być znacznie lepiej. Samalaiu - stary weteranie - stać cię na znacznie więcej.

Tyle mojego subiektywnego spojrzenia.

PS: Tym razem naszym LARPem zostały rażone osoby postronne - rybak który salwował się ucieczką przed upiorami, oraz imprezujące dresy, które ostrzegały grających przed nadchodzącymi niebezpieczeństwami.

09 września 2008

Slovkon 2008 - ciąg jeszcze dalszy...

13:28 Posted by Grzegorz A. Nowak 4 comments
... w którym odwiedzamy piekło, zanurzamy się w postapokalipsie i każą nam iść precz.

Dzień VI

Z uwagi na długie przesiadywanie poprzedniej nocy dzień zaczął się ok godziny 12:00. Jakby nam było mało, rozpoczęliśmy od gry w Saloon i Jungle Speeda. Później stało się coś niebywałego - nareszcie doszła do skutku sesja Neuroshimy prowadzona przez Pluszka. Najpierw zajęliśmy się ostatnimi przygotowaniami, a potem zaczęliśmy grać. Jednak za nim opiszę jak minęła sesja to muszę jeszcze dwa słowa napisać o przerwie na obiad.

Przerwa na obiad sprawiła, że musieliśmy odłożyć granie na porę poobiednią (szczęśliwie tym razem udało się wrócić do rozgrywki). Na obiad udaliśmy się do restauracji z prawdziwego zdarzenia. Opowiadał nam o niej Procent (i zresztą służył za przewodnika, jak zwykle) i zwrócił szczególną uwagę na to, że przybytek znajduje się pod adresem Ždiar 666 (tak!). Tym bardziej byliśmy ciekawi tego miejsca. Okazało się, że restauracja nie wyróżnia się jakoś specjalnie, a liczba bestii nie miała wielkiego wpływu na to co podawano, czy jak podawano (choć może po prostu niczego nie zauważyłem). Procent zaprowadził nas tu, żeby pokazać prawdziwe słowackie przysmaki - i rzeczywiście udało mu się! Rozsmakowałem się w zupie czosnkowej z grzankami i serem. Coś wspaniałego! Na samą myśl robię się głodny. Do tego jedliśmy frytki ze smażonym serem - mniam! Tylko Ramzes wywołał zainteresowanie zamawiając trzy kubki mleka jeden po drugim (miast jak my pić słowackie piwo!). Obsługa, w postaci bardzo miłej pani, była wyrozumiała dla naszych wygłupów. Oczywiście obiad wyszedł nas drożej niż to, co zazwyczaj jedliśmy, ale postanowiliśmy zaszaleć, skoro był to ostatni pełny dzień na Słowacji.

Po powrocie z obiadku mogliśmy się na spokojnie zabrać do grania w NS RPG. Nasza drużyna składała się z naczelnego wozidupy z Detroit (ja- wojownik autostrady), kowboja z Teksasu (Procent), jego siostry pani medyk (a może to była kuzynka? - tak czy inaczej w tej roli Floe), oraz przydatnego w każdej drużynie technika (Ramzes). Przygoda zaczyna się od zlecenia - mam przewieźć technika z Detroit do NY. Po drodze atak gangerów sprawia, że drogi nasze i Teksańczyków splatają się ze sobą i dalej podróżujemy już razem. Docieramy do niewielkiej osady w której przyjmują nas nieco chłodno i już na miejscu zastanawiamy się czy pomóc miejscowym w rozwiązaniu zagadki ginących w tajemniczych okolicznościach mieszkańców. I w sumie w tych dwóch zdaniach możnaby streścić fabułę tego co nam się udało rozegrać. Jak wypadła przygoda? No niestety słabo - Pluszak po raz pierwszy (chyba) prowadził Neuroshimę i przyznam, że przygoda nie spełniła moich oczekiwań. Pamiętam, że krzywiłem się na częste wtręty mechaniczne i próby podsuwania nam rozwiązań na tacy. To chyba dwie rzeczy które mnie najbardziej raziły w tej przygodzie. Po jakimś czasie przerwaliśmy grę - Pluszak przyznał się, że jest zmęczony i średnio widzi dalej granie.

Mimo to, w czasie z pozoru nieudanej sesji, udało mi się całkiem nieźle bawić swoją postacią. Odgrywanie luzaka, easy-ridera i cwaniaka strasznie mnie bawiły, a ciągłe animozje z Teksańczykiem tylko doprawiały całą sytuację. Nawet zostaliśmy docenieni i pochwaleni przez MG, któremu podobał się nasz duet (tzn. ja i Procent), bo rzeczywiście co chwile swoimi dialogami i wzajemnymi złośliwościami doprowadzaliśmy do komicznych sytuacji. Słowem przygoda nie była taką totalna klapą jakby się mogło zdawać. Fabuły scenariuszy RPG często są banalne, a gra i tak jest przednia. Tym razem nie wyszło do końca, w dużej mierze przez zmęczenie grających, więc zajęliśmy się znów bierną rozrywką.

W ruch poszła Neuroshima HEX w która graliśmy już do końca. Po grze udaliśmy się na spoczynek, wiedząc że następnego dnia przyjdzie nam opuścić nasz konwencik.

Dzień VII

Obudziło nas pukanie do drzwi około 10:30. Nikt nie zerwał się więc wykazałem się inicjatywą i ruszyłem do drzwi. W pół-negliżu dopadłem zamka i otworzyłem znienacka! Za drzwiami stała młoda Słowaczka, która świergocząc w swoim zabawnym języku oświadczyła, że Gospodarz prosi, żeby opuścić pokój do godziny12:00. Obwieszczając to użyła sformułowania "abyście poszli precz". Zrozumiałem, że wcale nie chce mnie obrazić, ale to kolejny przykład na specyfikę słowackich relacji międzyludzkich - nie każe się po prostu zwolnić pokoju tylko iść precz. Słowacka piękność zrobiła nam pobudkę i już raczej nikt nie myślał o powrocie do łóżek - przed nami było sporo pakowania i przygotowań do powrotu.

Kiedy już poradziliśmy sobie z bagażami i kompletowaniem tego co przywieźliśmy, wybraliśmy się z Procentem na przystanek, żeby zobaczyć o której godzinie mamy autobus. Okazało się że jeden jest za 40 minut, a następny za ponad 2 godziny. Musieliśmy podjąć decyzje czy sprężamy się czy koczujemy. Z uwagi na to, że większość chciała jeszcze dokonać zakupów przed wyjazdem, przeważyła druga opcja.

Część poszła po suveniry, a ja zostałem w pensjonacie żeby pilnować bagaży. W między czasie rozpadał się deszczy. Pluszak i Floe zdążyli przed wzmożoną falą opadów, natomiast Ramzes i Procent zmokli dosyć mocniej. Po ich powrocie skomentowałem, że Procent wygląda jak zmokły szczur, choć nie wiem skąd mi się wzięło to porównanie. Ponad godzinę jaka nam została spędziliśmy w knajpce na najniższym piętrze Krasuli (ochrzczonej przez nas mianem downhill pub) zamawiając gorącą herbatkę. W czasie przesiadywania dopadła nas głupawka i postanowiliśmy koniecznie uwiecznić na zdjęciu młodą Słowaczkę (tak - tą samą która zbudziła nas o świcie!). Trzeba było to zrobić umiejętnie - z przyczaiki - że niby robimy sobie zdjęcie, a w tle łapiemy przechodzącą dziewczynę. Jedyne co z tego wyszło to, tu cytat, nieostre zdjęcie z ostrą laską.

Ostatni etap naszego pobytu na Słowacji to powrót na Łysą Polanę. Tam postanowiliśmy wydać ostatnie korony, przesiadując w knajpce na granicy. Dalej miało być już z górki (dosłownie i w przenośni). jednak okazało się, że wszystkie busy jakie jechały do Zakopanego były wypełnione po brzegi tak, że nasza piątka z torbami nigdzie nie zmieściłaby się. Podjęliśmy więc decyzje o przejściu na piechotę do Polany Palenicy, gdzie wszystkie busy miały ostatni przystanek. Dalej poszło już bez większych problemów. Do domu wróciłem wieczorem, ok. 21:30.

Podsumowanie

Pierwsza moja wizyta na Słowacji została szumnie nazwana konwentem. I rzeczywiście - większość czasu spędzaliśmy na zabawach gamesroomowych. Niepodzielnie królowała NS HEX w którą przegraliśmy najwięcej partii ze wszystkich przytarganych planszówek. Zaplanowane rolplejowanie wypadło słabo, no ale cóż widocznie panowała jakaś niesprzyjająca aura. Choć byliśmy wśród wysokich gór, odbyła się tylko jedna wycieczka, ale za to jaka! Myślę, że gdybyśmy mieli wybrać się gdzieś jeszcze ciężko byłoby mi wdrapać się ponownie. Jeszcze po przyjeździe do domu czułem efekty całodniowej wspinaczki.

Za motywy przewodnie konwentu uważam: NS HEX, poci poci!, oraz tabelę przysłów Tao Linlina. Te trzy rzeczy przejdą do historii!

Zapomniałem o czymś?

04 września 2008

50-tka

16:25 Posted by Grzegorz A. Nowak 1 comment
Tak wiem, wiem - pewnie myślicie sobie WTF? Przecież teraz miała być 3 część relacji ze Słowacji, a tu zupełnie coś innego. Już się prędko tłumacze - otóż ostatnio spojrzałem na licznik postów i jakby na niego nie patrzeć, z każdym postem nieuchronnie zbliżałem się do okrągłej 50tki. No i stało się - notka, którą właśnie czytacie, jest 50 jaką napisałem na bałaganie. Z uwagi na to, że gdy minął rok od pierwszej notki to jakoś tego nie zauważyłem, więc w sumie taka okrągła liczba jak 5o wydaje się być dobrym pretekstem do paru spojrzeń wstecz. No to do dzieła - kto chce to czyta, a reszta musi się uzbroić w cierpliwość w oczekiwaniu na kolejne relacje.

Spójrzmy na początek - u schyłku 2006 roku postanowiłem spisywać swoje przemyślenia o fantastyce, a przede wszystkim o RPGach. Początkowo rzeczywiście były to tytułowe refleksje, ale jak spojrzeć na archiwum nie ukazywały się zbyt regularnie. Zdarzało się, że przez kilka miesięcy w bałaganie nie przybywało śmieci. Nie zastanawiając się właściwie ile było wartościowych rzeczy w tych refleksjach, miały one służyć również wyrabianiu nawyku pisania - ot taki mój prywatny. amatorski, warsztat publicystyczny. Niestety przy tak słabej regularności ciężko było mówić o wyrabianiu sobie czegokolwiek.

Sytuacja zmieniła się wraz z postanowieniem spisywania relacji z granych sesji, a potem także odwiedzonych konwentów i wreszcie LARPów. Sprawiło to, że teraz zdecydowaną większość tekstów stanowią właśnie relacje i na tylny plan odsunięte zostały przemyślenia fantastyczne. Ogarnęła mnie jakaś swoista chęć utrwalania niezwykle ulotnych zjawisk, jakim są sesję RPG i prowadzone LARPy. Każde z nich jest niepowtarzalne, stąd chęć ich opisania, choćby pobieżnego tak, by później łatwiej można wyciągnąć je z pamięci. Prócz samego elementu utrwalania doszła ponownie kwestia doskonalenia warsztatu. Przejawia się to ciągłymi komentarzami na temat np. technicznej konstrukcji scenariusza, odgrywania postaci i oczywiście nieustanna samokrytyka. W ten sposób z czasem wyrobiłem sobie pewien model pisania o scenariuszach i przygodach. Co więcej okazało się, że nie tylko dla mnie te uwagi i wspomnienia są ważne.

Odkryłem z radością, że niektórzy czekają na to co się pojawi na bałaganie. Okazało się, że moje oceny i opinię mają jednak jakąś wartość, skoro słyszę od MG po poprowadzonej sesji, że czeka na relację na moim blogu. Moi drodzy współgracze i znajomi, z którym co jakiś czas wyruszam w podróż w fantastyczne światy, zaglądają tu, żeby zobaczyć co o nich napiszę. Czy w moim odczuciu grali dobrze? Czy przygoda była ciekawa? Czy LARP się udał? Czy mogło być lepiej? Oczywiście nie jestem wyrocznią, ani nawet żadnym autorytetem w sprawach o których piszę. Fakt - gram nie od dziś, a po prawdzie to od ponad 10 lat, jednak zawsze znajdą się lepsi i gorsi ode mnie. Jednak cieszę się, że mogę kilkoma słowami wystukanymi wieczorną porą na klawiaturze zainteresować kogoś i zmusić do refleksji. Bo cóż innego bardziej zmusza do zadumy nad sobą niż konstruktywna krytyka, lub zasłużona pochwała?

Czyli jednak się udało - bałagan to miejsce na fantastyczne refleksje. Założenie zostało spełnione! Oczywiście nie mam zamiaru na tym poprzestawać. Dalej będę pisał i oceniał, wylewał RPGowe żale i pochwały, zachwycał się i wspominał. Mam nadzieję, że starczy mi zapału, żeby dotrwać do kolejnej okrągłej liczby i że będę mógł napisać kolejne refleksje nad tym jak się skłania do refleksji.